Co jest kulane #18 czyli mundiale po nocach

  Maj zbliża się ku końcówce, a co za tym idzie przed nami się największy turniej w roku na który wszyscy ostrzą pazurki od dawna. Pisząc „wszyscy” mam na myśli topowe ekipy na świecie, które pławią się w równikowym klimacie kultywując swój jiu jitsu lifestyle.
Jak jeszcze nie byłem wysublimowaną marudą to czekałem na mundialowy weekend i robiłem sobie długie seanse oglądając zmagania swoich idoli. Tak było.
  Pamietam jak w 2011 roku transmisja leciała jeszcze na BudoVideos, a ja byłem turbo zajarany ze wreszcie mogę oglądać na żywo swój sport, a nie pier#oloną ligę mistrzów. Czułem się wręcz dumny mówiąc na drugi dzień w robocie (pozdrawiam chłopaków z magazynu) że oglądałem mundial do rana. W całej swojej izolacji od popularnych dyscyplin czasami szukałem chwili uznania, ze jednak te moje „karate” też się kręci po swojemu. Teraz mam na to kompletnie wy#ebane, wiadomka, ale tamten mundial utkwił mi w pamięci.
  Do późnej nocy czekałem na finał Cobrinhii i Mendesa. Jak wiadomo walki finałowe szły od kategorii ciężkich w dół, a 10 minutowe rundy zwiastowały grubą posiadówę przed kompem. No ale dawajcie, dawajcie Mendesa i Kobrę bo będzie sztos. Dziś już inaczej zdefiniowałbym sztos. Tamta walka to 10 minut strategicznej zamuły w 50/50, którą przed samym sobą broniłem jako dobrą wałeczkę. Nie wiem, może po prostu chciałem do końca wierzyć w to, że to nie może być aż tak nudne. Było. Teraz to wiem i pluje jadem w lemoniadę , bo kto zabroni.
  Zaraz kolejny mundial, całe szczęście Flo wypuszcza pojedyncze walki, wiec można podejść do tematu selektywnie. Nie będę oglądał na żywo, nikt bliski się tam nie tłucze, nie ma powodów. Może kiedyś pojadę w czerwcu do Cali pojeździć na desce, potrenować i zobaczyć mundial na miejscu. Raczej nie wystartuje bo wolę puścić hajs na płyty, szamke albo nowe kiksy. Pozdro.

CO JEST KULANE?

Przeczytaj także