Jeszcze dzisiaj rano jadąc na trening nie wiedziałem o czym będzie ten tekst. Kilka minut temu wpadłem także na to, że jest dwudziesty siódmy lipca, a dziś 27 wydanie kulania. Spoko, ale to chyba nie jest temat nad którym chciałbym rozprawiać w piątkowym felietonie. Ostatnio było o kidsowym obozie, wcześniej o wakacyjnych leniwcach i generalnie tematy dość luźne. Wczoraj natomiast przywiesiłem się na instagramowej złotej myśli, która nakłoniła mnie do refleksji. Obrazek zatytułowany „BJJ Training Tip” opiewał w poniższą treść (było po angielsku, jestę translatorę):
” Trzymaj się tego, by trenować realnie.
Brazylijskie Jiu Jitsu jest sztuką walki. Technika, którą zgłębiasz powinna działać w realnej walce przeciwko oporującemu przeciwnikowi.
Poniższe aspekty sprawią, że ktoś skopie ci dupę:
Wyłączne skupienie na sportowym aspekcie, poleganie tylko na kimonach, sympatia do skomplikowanych technik, mało realistyczny sparing, braki w kondycji fizycznej.”
Najgorzej. Nienawidzę tłumaczyć tekstów z eng, gdyż nie sprzyja to pełnemu zrozumieniu tekstu w wersji oryginalnej. W razie czego oryginał znajdziecie tutaj. Przechodząc jednak do sedna, powyższa teoria jest poniekąd odzwierciedleniem tego jak ja rozumiem to całe chwytanie. Rozmawialiśmy kiedyś z Gonzem na ten temat w drugim odcinku Wolnej Maty i doszliśmy do wniosku, że chyba jednak bardziej sport niż sztuka lepiej określa Brazylijskie Jiu Jitsu. Z drugiej strony jednak, pojęcie sportu z definicji oznacza wykonywanie aktywności fizycznej „w ramach współzawodnictwa, według reguł umownych”. Sztuka natomiast to „dziedzina działalności ludzkiej, uprawiana przez artystów„, w której nie ma jakiejkolwiek wzmianki o współzawodnictwie, a przede wszystkim o regułach umownych. Jeżeli zakładamy, że niektórzy startują w zawodach, a niektórzy nie, to jedni uprawiają sport, a drudzy sztukę ? Zdecydowanie lepiej wypada definicja sztuki w kontekście tego do czego dąży każdy trenujący. Bycia artystą w swoim fachu.
Wróćmy do tekstu przewodniego. Skupimy się na tej części o zgłębianiu techniki, która ma mieć swoje zastosowanie w realnej walce. Realnej znaczy tej bez reguł umownych. Przeciwnik nie tylko oporuje, ale chce za#ebać w łeb i zrobić krzywdę. Oczywistym jest, że w danej sytuacji odpada tysiąć pięćset rozwiązań, a ich liczba zmniejsza się dramatycznie. Nie ma kołnierza, nie ma rękawa, a umiejętności stójkowe ograniczają się do kilku mało pewnych akcji. Może być bieda. Do tego przyzwyczajenie do przytrzymania akcji w celu większej presji, aby zyskać na czasie lub pomęczyć przeciwnika (owszem, lubię, wy pewnie też). To wszystko może budować nawyki, które wbrew pozorom komplikują istotę zrozumienia sztuki walki jaką jest jiu-jitsu. Zawsze miałem przekonanie, że pełne opanowanie danej dziedziny i jej zrozumienie wiąże się z uproszczeniem i optymalizacją pod swoje warunki. Nie chodzi o sport, ale o kilka kwestii które mają swoje potwierdzenie w codziennym życiu. Nieważne jaki zawód wykonujesz bądź zajawkę realizujesz wraz z przebytym czasem nabierasz skillsów, które pomagają ci rozwiązywać w prosty sposób rzeczy wcześniej skomplikowane.
Tak samo jest na macie, przynajmniej ja to tak rozumiem. Ograniczenie się do odruchów, które mogą bezpośrednio doprowadzić do uzyskania kontroli i poddania przeciwnika są chyba największą gratyfikacją tych wszystkich spędzonych lat na macie. I przyznaje się wprost, przez ten czas nie użyłem jiu-jitsu w sytuacji realnej walki. Los tak chciał, ale nie oznacza to że już nigdy nie będę musiał. Pomogą mi w tym techniki zapaśnicze, catch-wrestlingowe, ale nie pomoże nic jak zawiedzie psycha. O tym jednak można się przekonać jedynie doświadczając. You never know.
Tak właściwie to jak zawsze – róbta jak chceta. Pamiętajta jednak, że ostatecznie trzeba robić tak by od#ebać swojego oponenta, a ten nie zawsze grzecznie klepnie.
tekst: Łukasz Truskolawski



