Krzysztof Łukaszewicz: „Dlaczego o tym piszę? Żebyśmy docenili to co mamy i postarali się w pełni wykorzystać dane nam możliwości”

Tydzień temu miałem okazję poprowadzić trening w stolicy Madagaskaru Antananarivo. Doświadczenie to skłoniło mnie do kilku refleksji, którymi chciałbym się z Wami podzielić.

Jiu-jitsu na Madagaskarze dopiero się rozwija. Przyczyn jest kilka, ale dwie najważniejsze to: spora odległość Madagaskaru od głównych ośrodków BJJ takich jak Brazylia, USA czy Europa oraz zła sytuacja ekonomiczna państwa i jego obywateli. Malgaszy bardzo często nie stać na podstawowe rzeczy, nad którymi my, bądź co bądź mieszkańcy Zachodu, w zasadzie się już nie zastanawiamy. Okazję do potrenowania z czarnym pasem BJJ mają w zasadzie tylko wtedy, jeśli jakiś trener jest akurat w okolicy na urlopie. Zdarzy się, choć nieczęsto, że ktoś kto trenował za granicą (np. we Francji) zostanie służbowo wysłany na Madagaskar i odwiedzi lokalny gym.

Klub, w którym prowadziłem zajęcia w Tana (lokalny skrócona nazwa Antananarivo) był mały, półotwarty (a zimowe noce na Madagaskarze są naprawdę chłodne), pozbawiony podstawowych i oczywistych dla nas udogodnień. Trenuje się w półmroku, nie ma ciężarów, drążków, szatni, prysznica. Krótko mówiąc- skromnie. Oczywiście ludzie, jak  przystało na adeptów BJJ przyjęli mnie niezwykle ciepło i serdecznie. Tacy zresztą są Malgasze- życzliwi i uśmiechnięci, ze spokojem znoszący trudy dnia codziennego.

Przypomniały mi się czasy z początków BJJ w Polsce, kiedy seminarium z brązowym pasem z Brazylii było rzadkością a wizyta czarnego pasa to było naprawdę coś wielkiego! Kiedy zaczynałem trenować Mirek, jeden z pionierów BJJ w Warszawie, niedawno dostał purpurowy pas, a zajęcia prowadzili Marek i Leszek, dumni posiadacze niebieskich pasów. Youtuba jeszcze nie było (sic!), a szkoleniówki były rzadkością. Technik uczyliśmy się od siebie nawzajem, improwizowaliśmy, chłonęliśmy wszystko, co było dostępne, wyważając często otwarte drzwi. Z zazdrością patrzyliśmy na kolegów, którzy przyjeżdżali zza granicy, gdzie trenowali pod okiem prawdziwego czarnego pasa. Na porządku dziennym było trenowanie w stroju, na który dziś patrzylibyśmy z dużym zainteresowaniem lub lekkim przymrużeniem oka: kimono do judo i buty zapaśnicze, góra  od kimona i szorty, spodnie od kimona i t-shirt. Swój pierwszy rashguard firmy Hunter dostałem od kolegi z Brazylii i mam go do dzisiaj. Posiadanie „markowego” kimona było ogromną rzadkością, a podarte spodnie cerowało się dotąd, aż łat było więcej niż samych spodni. Seminaria z Brazylijczykami, których wtedy w Europie było znacznie mniej, wiązały się z dużymi kosztami i niewiele klubów mogło sobie na nie pozwolić, również z racji tego, że ekonomicznie Polska miała się gorzej niż dzisiaj (a na pewno relatywnie do zachodniej Europy czy USA). Na palcach jednej ręki można policzyć rozgrywane wtedy w Polsce turnieje BJJ / submission, nie wspominając już o częstej nieznajomości przepisów wśród zawodników i sędziów. Sam wygrałem kiedyś w kionach taktarowem przekładając nogę do środka, czy też balachą na kolano w niebieskich pasach. Zresztą na początku polskiego BJJ na zawodach były tylko dwie kategorie zaawansowania: białe i kolorowe pasy. Potem, kiedy niebieskich pasów było już dużo, kategorie były trzy: białe, niebieskie oraz elita. W elicie przez długi czas walczyło się na zasadach brązowych i czarnych, nawet jeśli miało się purpurę. Piękne czasy.

Dlaczego o tym piszę? Żebyśmy docenili to co mamy i postarali się w pełni wykorzystać dane nam możliwości. Mógłbym to odnieść do życia w ogóle i do rzeczy, które większość z nas uważa za oczywiste: to, że mamy co jeść, że mamy prąd i bieżącą wodę itd. Ale skoncentruję się na BJJ.

W dużych miastach mamy ogromny wybór klubów, w których zajęcia prowadzą fachowcy, najczęściej brązowe lub czarne pasy, osoby z doświadczeniem zawodniczym i trenerskim. W mniejszych miejscowościach jest z pewnością trudniej ale zaproszenie polskiego czarnego pasa na seminarium (a Polacy reprezentują co raz częściej wysoki europejski a nawet światowy poziom) nie stanowi już takiego wydatku jak kiedyś. Są obozy, na które każdy może pojechać, wspólne sparringi i zgrupowania. Mamy szkoleniówki, zarówno płatne jak i te darmowe na Youtube, z których można się sporo nauczyć. Mamy rodzime firmy produkujące sprzęt i odzież wysokiej jakości w rozsądnych cenach. Mamy wreszcie możliwość rywalizacji sportowej na bardzo wysokim poziomie, turnieje odbywają się często nawet co tydzień. Do wyboru mamy kategorie wiekowe, wagowe i zaawansowania więc każdy znajdzie swoją niszę. W grapplingu i JJ newaza mamy kadrę, która jeździ na międzynarodowe turnieje. Zawodnicy mogą, choć często to nie łatwe, pozyskiwać sponsorów, finansując w ten sposób przynajmniej część swoich wydatków związanych ze sportem, startami i wyjazdami. Przynosi to już widoczne rezultaty bo Polacy co raz lepiej radzą sobie na światowej scenie BJJ i submission fighting.

To wszystko stwarza adeptom BJJ ogromne możliwości rozwoju, o których 15-18 lat temu pionierzy polskiej sceny żużitsu mogli tylko pomarzyć. Postęp średnio uzdolnionego, w miarę zaangażowanego studenta jest obecnie niewspółmiernie szybszy, od tego jaki miał miejsce na początku tego milenium. Samo jiu-jitsu też niesamowicie poszło do przodu, zarówno jeśli chodzi o rozwój techniczny jak i popularność sportu.

Dlatego cieszmy się, doceniajmy tę sytuację i korzystajmy z tego, że żyjemy w złotych czasach polskiego i światowego BJJ. Nie szukajmy wymówek, nie narzekajmy. Trenujmy, rozwijajmy się uczmy się i startujmy w zawodach. Mamy szansę być w ścisłej światowej czołówce BJJ. Zależy to tylko od nas!

Do zobaczenia na macie. Oss!

CO JEST KULANE?

Przeczytaj także