Ania Wilanowska po World Pro w Abu Dhabi

Na fotce Mąka, Ania i … Rafa Mendes 🙂

W tym roku dzięki kwalifikacjom w Warszawie Polacy po raz pierwszy tak licznie uczestniczyli w finałowych turniejach w Abu Dhabi. Najpierw odbyły się zawody no gi, jednak kobiety nie mogły brać w nich udziału – z tego powodu nasz wyjazd skrócił się z 11 dni do 4. Niestety, ale przez cały czas przygotowań byłyśmy przekonane, że lecimy razem z wszystkimi, a o zmianach dowiedziałyśmy się na dwa dni przed planowaną datą wylotu. Tak więc sam początek wyjazdu nie był dla nas zbyt miły. Pozostało nam jedynie zaakceptowanie zaistniałej sytuacji i tak oto 13 kwietnia w pogodnych nastrojach wyruszyłyśmy na podbój Abulandii, zwanej również Szejkowem 🙂

Po ponad 10 godzinnej podróży dotarłyśmy na miejsce w środę wieczorem. Czwartek był dla nas dniem rejestracji i ważenia. Niestety, ale znowu zostałyśmy niemiło zaskoczone dużym brakiem organizacji. Razem z Karoliną startowałyśmy w kategorii do 63kg. Po zważeniu na wadze hotelowej okazało się, że ważymy trochę za dużo. Z samego rana w czwartek poszłyśmy na saunę – według polskiego czasu o 5 rano:) Następnie, specjalnym busem spod hotelu pojechałyśmy na salę. Na miejscu okazało się, że ważymy ok. 62 kg, więc zupełnie niepotrzebnie wstawałyśmy tak rano i zbijałyśmy wagę – co niewątpliwie w jakimś stopniu odbiło się na naszej formie. Podczas rejestracji zostałyśmy poinformowane o kilku ważnych rzeczach, m.in. o tym, że powinnyśmy zabrać ze sobą kimona i że musimy ponownie zapłacić 20 dolarów – na co nie byłyśmy przygotowane. W związku z tym w czwartek kilkukrotnie jeździłyśmy z hotelu na salę i z powrotem, co również było dosyć uciążliwe. Na szczęście około południa mogłyśmy zacząć upragniony odpoczynekJ Resztę dnia spędziłyśmy na sali oglądając walki. Jeśli chodzi o występ Polaków – zostało juz napisanych kilka relacji, więc nie będę się powtarzać.

 

W piątek nadszedł czas na kategorie kobiet. Moja kategoria była najliczniej obsadzona – łącznie startowało 26 osób. W kategorii niebieskich pasów powyżej 63kg – 8 osób, a w purpurach, brązach i czarnych – 14 osób do 63kg i 8 osób powyżej. Najpierw walczyła Marysia, która po wyrównanej walce przegrała na punkty. Walk Karoliny i Ireny nie widziałam, ponieważ na macie rozgrzewkowej przygotowywałam się do swojego startu. Łącznie stoczyłam cztery walki. Można powiedzieć, że trzy pierwsze potoczyły się po mojej myśli i realizowałam założony wcześniej plan. W pierwszej walce moja przeciwniczka wskoczyła mi do gardy, ale ją rozpięłam i przeszłam do pozycji bocznej, a potem dosiadu. Udało mi się wygrać przez balachę. W drugiej i trzeciej walce ja wskakiwałam do gardy i kończyłam balachą – raz z gardy a raz po sweepie do dosiadu. W czwartej walce spotkałam się z Brazylijką Monique Elias. W pierwszych sekundach wskoczyła do gardy – udało mi się ją rozpiąć, ale nie było to łatwe. Była to zdecydowanie najsilniejsza dziewczyna, z jaką kiedykolwiek walczyłam:) Potem przez cały czas przechodziłam otwartą gardę, jednak moja rywalka złapała uchwyt za rękaw, którego nie byłam w stanie zerwać do końca walki. Uchwyt ten uniemożliwił mi przejście gardy. Parę razy byłam bardzo blisko, ale za każdym razem moja przeciwniczka wkręcała się ponownie do gardy – cały czas trzymała mnie za rękaw, przez co nie mogłam do końca ruszać jedną ręką. Kilkukrotnie patrzyłam na tablicę sędziowską i nie widziałam dla siebie żadnych przewag, co mnie trochę zniechęcało. Byłam świadoma tego, że najczęściej przy remisie jako zwycięzcę wskazuje się osobę walczącą gardą – tak przynajmniej mi się wydawało. Na 20 sekund przed końcem dałam się sweepnąć. Wiedziałam, że musiałby się zdarzyć cud, żebym tą walkę wygrała. Po sweepie znalazłam się w dobrej pozycji do założenia taktarowa i niewiele myśląc postanowiłam wykorzystać tę szansę. Wszystko działo się bardzo szybko i wydaje mi się, że później miałam już dobrze dopiętego taktarowa, ale tego też nie jestem do końca pewna. Na 7 sekund przed końcem zostałam zdyskwalifikowana za przełożenie nogi – gdy sędzia przerwał walkę myślałam, że skończył się po prostu czas. Dopiero później na zdjęciach zobaczyłam, że rzeczywiście noga była przełożona zdecydowanie za daleko. Tak naprawdę ta dyskwalifikacja nie miała większego znaczenia, bo i tak w tej sytuacji nie dało się niczego innego zrobić. Po walce zostałam pocieszona przez kolegów i koleżanki, którzy twierdzili, że pomimo remisu to ja byłam aktywniejszą osobą i bym zapewne wygrała 🙂

W sobotę wszyscy oglądaliśmy finały. Tutaj chyba również komentarz jest zbędny, ponieważ były to walki na najwyższym, światowym poziomie. Niektórzy koledzy stwierdzili nawet, że po tym co zobaczyli, zmienili zdanie o kobiecym bjj 🙂 Moja przeciwniczka z półfinału zdobyła złoto i na szczęście dla mnie miała np. zapiętego trójkąta i ogólnie ze mną się bardziej męczyła 🙂

 

Dzisiaj, patrząc na mój występ z perspektywy kilku tygodni, jestem z niego zadowolona. Cieszę się z medalu, ale żal mi przegranej walki o finał, od którego dzieliły mnie przecież sekundy. Jadąc na te zawody wierzyłam, że jestem w stanie zdobyć złoto. Przyznaję, że byłam w swojej życiowej formie pod względem technicznym i fizycznym, a moje nastawienie było mega bojowe – jak nigdy wcześniej. Nie byłam do końca pewna tego, jak będzie wyglądać moja konfrontacja z najlepszymi zawodniczkami na świecie, ponieważ nigdy nie startowałam za granicą. Wiedziałam, że czeka mnie długa droga do finału, ale w każdym momencie wierzyłam, że mogę do niego dojść i go wygrać ( i nadal uważam, że mogłam ). Niestety nie udało się, może zabrakło szczęścia, a może po prostu byłam gorsza. Nie bez znaczenia był chyba też fakt, że nie miałyśmy w ogóle czasu na aklimatyzację i po 5 minutach walki czułyśmy się jak po 20 minutach walk na treningu w Polsce. Przyleciałyśmy do Abu Dhabi z zimnej Polski i nie byłyśmy w ogóle przyzwyczajone do tamtejszego klimatu. Tak czy inaczej, liczy się medal. Traktuję go jak nagrodę za cztery lata moich codziennych treningów – w sensie dosłownym, ponieważ przed eliminacjami w Warszawie trenowałam również co tydzień w niedziele. Chciałam sobie coś udowodnić i to zrobiłam. Moja przygoda z bjj rozpoczęła się cztery lata temu w czerwcu i dziś mogę szczerze powiedzieć, że jestem 100% niebieskim pasem 🙂

W niedzielę pojechaliśmy na całodniową wycieczkę do Dubaju. Jest to bardzo nowoczesne miasto, które składa się praktycznie z samych wieżowców. Zwiedziliśmy m.in. muzeum Dubaju, udaliśmy się na targ w poszukiwaniu prezentów – zakupy się udały, ale łatwo nie było, ponieważ zdecydowana większość sklepów to sklepy ze złotem (a jak wiadomo dolary Polacy dostaną dopiero za rok!). Czasem ciężko je było nawet nazwać sklepami – to były po prostu stoiska takie jak u nas na bazarze:) Byliśmy też w centrum handlowym – nie była to jednak zwykła galeria jak w Polsce – w środku było np. oceanarium czy lodowisko i nie wiem co jeszcze, bo przeszliśmy może 1/3 całości.

Podsumowując, wyjazd był bardzo udany, jednak zdecydowanie za krótki. Nie zdążyłyśmy nawet pójść na plażę ani zobaczyć żadnego meczetu, nie miałyśmy też zbyt wielu okazji do pokulania się ze znanymi zawodniczkami – na hotelowej macie byłyśmy tylko raz. Na szczęście była tam również m.in. Mackenzie Dern, z którą obie z Karoliną zawalczyłyśmy. Klasowa zawodniczka, ale tego pisać nie trzeba. Nie znalazła się niestety na podium, ale przegrała na przewagi z Michelle Nicolini, a swoją pierwszą walkę z czarnym pasem wygrała przez latającą balachę.

A teraz czas na podziękowania… Dziękuję Pawłowi i Maćkowi za pomoc w przygotowaniach – bez Was ciężko by mi było tak daleko zajść. Mam nadzieję, że zrobicie użytek ze wspaniałych i drogocennych kieliszków prosto z Dubaju, w poszukiwaniu których przeszłam cały targ pięć razy wzdłuż i wszerz 🙂 Dziękuję też za wszystkie smsy i ciepłe słowa przed i w trakcie wyjazdu – fajnie było walczyć wiedząc, że jest parę osób, które we mnie wierzą i będą się cieszyć z mojego sukcesu Bardzo wszystkim dziękuję!

Ania Wilanowska

CO JEST KULANE?

Przeczytaj także