
Trzecia część przygód Grzegorza Kloca z Nowego Jorku. Yamabushi tym razem relacjonuje Wam swoją wizytę w akademii wielkiego Marcelo Garcia. Pomimo, że szczeciński Berserker jest rozerwany między treningami i obowiązkami służbowymi znajduje chwilę czasu na relacje dla naszych czytelników za co serdecznie dziękujemy.
Tej wizyty zazdrościło mi bardzo wiele osób i słusznie z resztą, bo jest czego…
Na początek słów kilka o samym szukaniu tej szkoły. Wyobrażałem sobie, że akademia Marcelo Garcia, czterokrotnego mistrza ADCC, zdobywcy niezliczonych tytułów będzie miała szyld, którego nie sposób przegapić… Rzeczywistość jednak okazała się być mniej kolorowa. Okazuje się, że jak wiele innych ciekawych i wartych odwiedzenia miejsc w Nowym Jorku, mieściła się w bocznej uliczce (oczywiście na głównej aleii sklepy, sklepy, trochę sklepów i budynek stacji TV). Samo wejście do środka też nie pasuje do mitu wielkiego Marcelo. Domofon nie był w żaden sposób opisany, jedyną informację stanowiła powieszona z boku pomiętna kartka z logo MGinAction i numerem. Sama akademia mieści się na trzecim piętrze niepozornego budynku. Pierwsze wrażenie… strasznie mała. Drugie wrażenie… mikroskopijne wręcz szatnie, a to w połączeniu z brakiem jakiejkolwiek poczekalni sprawia, że wszyscy czekający na trening zmuszeni są siedzieć na macie. Co więcej, nie ma żadnej innej drogi do szatni, jak tylko przez matę. Ale niezrażony (bo w końcu, mimo innych wyobrażeń, nie jest to ekskluzywny klub fitness dla modelek ani klub Aqua aerobiku) ruszyłem się przebrać i czerpać, a może wręcz chłonąć wiedzę Marcelo.
Sam trening był również drobnym zaskoczeniem, ponieważ trwa … UWAGA … tylko godzinę. Tak, 60 minut na rozgrzewkę, technikę, sparingi i rozciąganie. Niby mało, z drugiej jednak strony takie zajęcia nie są nudne, ale nie ma też czasu na pogawędki. Co więcej, w mieście, gdzie nikt nie idzie a pędzi lub biegnie i wszystko załatwiane jest w pośpiechu, takie rozwiązanie jest bardzo na miejscu (myślę też, że ma to uzasadnienie marketingowe), kto chętny, może bowiem zostawać na dwóch treningach.
Tym, co na samych zajęciach jako pierwsze rzuca się w oczy jest ogromny szacunek dla pasów. Chyba jeszcze większy niż u Renzo Gracie. Ustawianie się stopniami na zbiórce to sprawa normalna. U Marcelo nawet bieganie podczas rozgrzewki odbywa się w takim szyku. Ćwicząc w parach, wyższy stopień wykonuje technikę jako pierwszy. Nawet w kolejce do łazienki byłem przepuszczany. Sytuacja momentami trochę krępująca, z drugiej jednak strony, szacunek ma być i tyle.
Rozgrzewka dość krótka i schematyczna, trochę biegania i standardowych ćwiczeń specjalistycznych BJJ, pojawiło się też kilka zabaw, które mimo iż krótkie, rozgrzały dobrze. Treningi dla początkujących to rzecz jasna więcej techniki, podstawy, pozycje, ucieczki, wszystko to, co jest konieczne, aby zacząć się orientować i poznać ogólne zasady rządzące tym sportem. Zaawansowani traktowani są już trochę inaczej. Zamiast techniki, więcej drillowania i swobody, czego przykładem może być rozpoczynanie większości technik parterowych od prostych obaleń.
DSC_0007_01
Długo można by rozprawiać o treningu, osobiście całe zajęcia czekałem na możliwość walki z Marcelo. No i doczekałem się…
Wrażenie jest niesamowite. W odróżnieniu od „przywitania” w Renzo Gracie, gdzie moim kimonem wypolerowano matę (cały czas miałem je na sobie), Marcelo pozwolił mi rozwinąć skrzydełka. Mogłem próbować różnych ataków, skończyło się oczywiście na intensywnej obronie. Ten człowiek dysponuje fenomenalną techniką (tutaj chyba nikt nie ma wątpliwości), nie było momentu, abym nie był w jakikolwiek sposób kontrolowany. Do tego niesamowita siła i nie mówię tu o tzw. Power jiu jitsu, gdzie wszystko musi być wykonane z napiętym bicepsem. Chodzi bardziej o pewny i zdecydowany chwyt i świetną kontrolę bioder. Co więcej, było to Jiu Jitsu eleganckie i wysokich lotów. Zostałem poddany ale ani razu Marcelo nie musiał się posiłkować niebezpiecznymi i nieprzyjemnymi sztuczkami typu przedramię tu, łokieć tam, gdzie indziej miażdżenie szyi, kręgosłupa czy twarzy. Wspaniała lekcja pokory i inspirujące przeżycie zarazem.
BJJ jest piękną sztuką i wspaniałą pasją ale ma jeszcze jedną zaletę. Każdy ma szansę poznać, porozmawiać i potrenować wraz ze swoimi idolami. Może jest to drobne odejście od tematu ale duże wrażenie zrobił na mnie dzień, w którym odwiedziłem akademię po raz pierwszy. Nie trenowałem, chciałem raczej przyjrzeć się zajęciom i zasięgnąć języka w kwestiach formalnych. Zamiast tego oglądałem Mistrza Świata jak biega po macie zmieniając świetlówki w lampach, myje matę i okna, katuje ścianę wiertarką, wbija gwoździe montując jakieś urządzenia itp. Co więcej jedyna osoba, która mu pomagała, nosiła za nim tylko i wyłącznie drabinę i podawała wiertła, drugi uczeń zbierał składki a w drugiej części sali normalnie toczyły się zajęcia. Niby nic wielkiego, ot zwykła scena z życia wzięta, niemniej jednak myśląc o treningach u Marcelo nie wyobrażałem sobie jego skromnej osoby jako „bohatera we własnym domu” czy raczej w akademii. Okazuje się, że i legenda sportu jest człowiekiem i musi czasem umyć okna czy zmienić żarówkę.
Pozdrawiam serdecznie.
GK



