„Najlepsze przed Tobą” czyli dlaczego zacząłem wygrywać dopiero na brązowym pasie

Sezon startowy idzie pełną parą, zewsząd dobiegają nas newsy o rezultatach z Mistrzostw Europy w Lizbonie, powodzenia i wtopy. Obserwując wyniki kategorii Masters na ME w Lizbonie naszła mnie pewna refleksja, która tak naprawdę towarzyszyła mi przez całą moją drogę w BJJ. „Najlepsze jeszcze przed Tobą” mówi stare powiedzenie, które często osładza gorzkie porażki i daje kopa w momentach zwątpienia. Nad tą ideą właśnie rozmyślałem przez ostatnie dni.

Przypomniałem sobie pierwsze lata startów na zawodach. Były to lata 2009-2011, jeździliśmy na turnieje tak naprawde 2-3 razy w sezonie, gdzie zaliczaliśmy MP, Lige w Krakowie i Puchar Polski w Koninie. Scena nie była tak rozwinięta jak dzisiaj, social media dopiero raczkowały, a zajawka na BJJ rozkręciła się na dobre. W tych latach nie wygrałem ani jednej walki na zawodach, a wszystkie swoje pojedynki wtapiałem przez totalną dominację i w rezultacie klepanie. Nie da się ukryć, że w głowie zaczęła kiełkować myśl „no i ch*j, nic raczej z tego nie będzie” aczkolwiek ciśnienie na codzienną tyrkę na macie finalnie wygrywało. Pamiętam, że na jednym z portali tematycznych, dzisiaj już nie istniejącym, przeczytałem artykuł o Felipe Costa, który wspominał że pierwsze najważniejsze medale zaczął zdobywać dopiero na czarnym pasie. Czytałem ten artykuł dosłownie codziennie, miałem go w zakładkach i wyryłem sobie w głowie właśnie tą myśl, że może „najlepsze jeszcze przede mną”, wystarczy że będę sumiennie trenował i nigdy się nie poddam. Lata leciały, pasy na biodrach zmieniały barwy, coś tam zaskoczyło. Raz lepiej, raz gorzej, ale najważniejsze że proces trwał i zajawka ciągle pchała do przodu. Dzień po dniu.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ dopiero teraz, będąc brązowym pasem po niemal 10 latach treningu zacząłem wygrywać na zawodach. Kiedyś wychodziłem z założenia, że „skoro wtapiam na niebieskim pasie, to na wyższych już napewno mi nie wyjdzie”, ale zapomniałem o jednej kwestii, tak bardzo oczywistej. Trening czyni mistrza 🙂 No, może z tym mistrzem przesada, aczkolwiek chodzi o to, że wieloletni proces treningowy sprawił, że po prostu nabrałem umiejętności, które pozwalają wygrywać walki na zawodach. Nie chodzi tu tylko o aspekt czysto techniczny, ale też o kwestie diety, regeneracji czy treningu fizycznego. Morał tej bajki jest taki, że „jiu-jitsu nie ma końca” jeżeli Twoje horyzonty poszerzają się wraz z treningiem. Nie poddawaj się, zaufaj procesowi treningowemu, wyłącz instagram, pakuj mandżur i na matę. Zdrówka !

 

CO JEST KULANE?

Przeczytaj także