Zbliżają się zawody, a wiadomo co się z tym wiąże. Kiedy w planach macie start na turnieju nieuniknionym staje się zaprzyjaźnienie z wagą i kontrola bajery na cyferblacie. Niektórzy oczywiście regularnie kontrolują swoją masę ciała, ja jednak przez lata do nich nie należałem, a wręcz w okresach „roztrenowania” unikałem wagi jak ognia. No bo jak pogodzić się z faktem, że jesteś kilka(?) kilosów cięższy niż przed turniejem i jeszcze skojarzyć to z dobrą formą?
Takim właśnie tokiem myślenia rozumowałem przez lata. Kiedy przekraczałem pewną granicę wagową momentalnie kojarzyłem ją z zaniedbaniem i totalnym brakiem formy. Tak oczywiście nie było, a jedyne zaniedbanie opierało się oczywiście na diecie, a raczej żywieniowym bezprawiu. Ostatnio po rozmowie z moją ulubioną panią dietetyk dowiedziałem się, że procent sportowców którzy mają zaburzenia odżywiania spowodowane zbijaniem wagi to naprawdę sroga liczba. Mogę się domyślać, że na ten termin wielu z Was zareaguje skojarzeniem nastolatek zwracających obiad w kibel, ale nie w tym rzecz. Chodzi o pewien rodzaj hamulców (a raczej ich braku) w momencie kiedy już nie trzeba zbijać. Jak wiadomo ostatni tydzień przed turniejem jest zawsze najtrudniejszy, często dobija się ostatnie kilosy wodą, a wizualizacje zjedzenia pizzy, burgera i lodów powodują niezdrową ekscytację. I właśnie ten tydzień po turnieju jest często jazdą bez trzymanki, w którym dowiadujesz się, że możesz wpakować w siebie niesamowitą ilość jedzenia.
No dobra, ale kto bogatemu zabroni? Oczywiście nikt. Jednak takie obżarstwo nie powinno trwać dłużej niż 2-3 dni. W idealnym świecie 🙂 Wracając jednak do zbijania wagi to mi na przykład zaczęło wychodzić dopiero w zeszłym roku. Wcześniej robiłem co prawda po pare kilo, ale nie musiałem schodzić z wyższego pułapu. Od kiedy zacząłem robić więcej submission zrozumiałem, że bez ciężarów nie pomalujem, a co za tym idzie trochę poszło w mięsko. Tym sposobem pułap wagowy do zbijania poszedł w górę, ale co najważniejsze przestałem definiować go jako brak formy. Co więcej, łatwiej jest mi wyjaśnić podopiecznym czym jest presja! Same profity. Musiałem jednak zrezygnować z mojej ulubionej czynności „smażenia na oleju konopnym” (if u know what I mean) gdyż to właśnie przez lata uniemożliwiało mi robienie większej ilości kilogramów. Nie znaczy to oczywiście, że pozbyłem się zaburzeń odżywiania. Ktoś lubi się na#ebać, a ktoś lubi podwójną porcję plus ekstra deser.
BJJ to nie kulturystyka. BJJ to nie krosfit. Instagram kłamie. Nieważne jak bardzo odpuścisz michę i jak się zalejesz, nie odpuszczaj maty. Jeżeli osiągniesz szczytową liczbę na wadze, użyj tego przeciwko szydercom. Presją. Barkiem na szczene. Potem idź i weź podwójną porcję, w końcu zawody dopiero za dwa miesiące. Smakówa!



