Zniszczyłem fajną zabawę poważnym podejściem

„Esco” po lewej

Przebywając w Koszalinie na urodzinach Księcia (Pozdrawiam całą ekipę) poznałem osobnika, o którym słyszałem legendy i znałem tylko z opowieści starszych kolegów. Jeden z największych talentów polskiego grapplingu, jedyny Polak zdyskwalifikowany dożywotnio przez IBJJF oraz ADCC, na sumieniu mający kilka złamanych rąk i nóg… Przyjaciel Pawła Nastuli, który trenował z nim do pierwszych walk w Japonii. Michał „Esco” Bobrowski walczył z powodzeniem w całej Europie, był jednym z głównych założycieli dobrze dzisiaj znanego Złomiarz Team. Spodziewałem się ujrzeć nabitego zakapiora z kalafiorami, a moim oczom ukazała się szczupła wysoka sylwetka, gość w długich blond włosach uśmiechnięty od ucha do ucha wyglądający jak typowy surfer z Californi. To była idealna chwila, aby przeprowadzić wywiad z osobą, która ma zupełnie inne podejście do świata  i sportu niż większość z nas…

Przez kilka lat uprawiałeś boks w Stoczniowcu w prywatnej rozmowie z Tobą wyczułem, że został Ci duży sentyment do tej dyscypliny i tylko dla tej dyscypliny mógłbyś wrócić do sportu…

Kochałem ten sport,ale… do 18 roku życia byłem ciotą komputerową, chociaż sposród samych miernych na świadectwie, akurat z wf-u było 3 😉  Któregoś dnia mama rzuciła hasło, że mogę być każdym kim zapragnę, tylko już raczej nie bokserem, bo się do tego nie nadaję. Tak więc naturalnie dla rad rodziców, poszedłem jak to się mówi “dostać w nos” na dogorywające śmietnisto zwane Stoczniowiec Gdańsk. Kiedy wreszcie po długim czasie ojciec odważył sie mnie podopingować w ringu i zobaczył te warunki, następnego dnia juz byłem zaszczepiony na żółtaczkę 😉 Boks to zupełnie inna para kaloszy niż grappling, prymitywny i pierwotny sport, gdzie dużo więcej zależy od tego jak zaprogramujesz latami swój układ nerwowy, jak bardzo w podswiadomości drzemie ci zwierzęcy instynkt. Nie miałem o niczym pojęcia, nie ufałem trenerom a poza tym chciałem tylko doprowadzić swój organizm do względnie dobrej formy. No i bardzo długo zajęło mi przełamanie lęku przed przyjęciem ciosu. Do dzisiaj to jeden z głównych powodów dla których trzymam się z daleka. Swiadomość uszkodzeń w najdelikatniejszym instrumencie jaki kiedykolwiek stworzyła ta planeta po każdym ciosie i wspomnienia jak po mocniejszym laniu jechałem przez skrzyżowania nie mogąc zrozumieć co to jest za kolor zielony czy czerwony. Ale… jest tez taka ciekawość. Nie miałem warunków ani dostatecznego doświadczenia, żeby pójść swoją drogą, nie wiedziałem że tak można i ciekawi mnie bardzo jakby to było wreszcie w ringu być sobą. Nie wiedziałem wtedy, że nie trzeba się słuchać trenerów, jak ważne jest to żeby iść za tym co czujesz i jak czujesz walkę, żeby robić to co chcesz, niezależnie od tego jak to wygląda, a nie to co być powinno. Że robisz to dla siebie, a nie dla innych. Boks ma w sobie inny rodzaj piękna niż mma czy chwyty…

 Z jakiegoś powodu zaprzestałeś treningów i trafiłeś na mate Akademii Sarmatii. Dlaczego?

Prędzej czy później wyglądniesz z pudełka, a jak z niego wyjrzysz, to już nie wrócisz do tego samego 🙂 Stoczniowiec był rekreacją gdzie czas zatrzymał sie tak jak w PKP na latach 70-tych, bez perspektyw, chłopaki poszli do stoczni, na krawężników albo na ciemną stronę mocy. Czego tam było szukać?

Wtedy na scenie pojawiło się forum sfd, poczytałem o bjj, poszedłem raz na trening, wyglądało obrzydliwie więc czym prędzej się stamtąd zmyłem. Znaczy bjj o tyle, że ludzie leżeli i wykonywali jakieś narzucone im ruchy, wiesz jak jest – początki 🙂 I tutaj chyba jedna z nielicznych nienegatywnych rzeczy jaką mogę o Dupao (przyp. prawdopodobnie chodzi o Pawła „Borute” Ziółkowskiego) powiedzieć, to że zaciągnął mnie prawie siłą na matę i wtedy to poczułem.

Twój pierwszy trener Paweł „Boruta” Ziółkowski opisał Cię następującymi słowami tutaj cytat: „Esco przyszedł do nas jako marny bokser i koks bez pojęcia o innych aspektach walki” Mamy rozumieć, że większość Twoich późniejszych sukcesów to zasługa właśnie trenera Akademii Sarmatii bo odszedłeś już jako poukładany zawodnik?

A były w ogóle jakieś sukcesy? Tak, odszedłem jako kompletny zawodnik (śmiech) Z nieznacznymi brakami jak… całkowity brak stójki, całkowity brak czucia i zrozumienia tego co się dzieje i z mnóstwem nawyków jak np. słynne wejście w nogi “na smerfa”, których pozbycie zajeło lata. Anao to jest też człowiek a mówienie źle o kimkolwiek działa na minus w dwie strony i nie jest ludzkie, tylko że też nie każdy rozumie, że nawet bycie samozwańczym trenerem z pierwszej grupy poznańskiej jest przywilejem. Są teraz jakieś aeroboxy dla zdesperowanych kobiet po 50tce, gdzie nie da się już nikogo źle ułożyć, może czas zrobić coś takiego z bjj. Uważam, że nie powinien mieć kontaktu z ludźmi, z kredytem zaufania jako… trener 🙂 ? osoba która wie o co biega 🙂 ? W ogóle Trójmiasto to śmieszny światek, klubów jak grzybów po deszczu, nienawiści jak w brazylijskiej telenoweli, poziom do momentu w którym nazwijmy to “trenowałem” – zerowy, nawet pózniej w Złomiarzu zazdrościliśmy chłopakom w Szczecinie zgrania.

Twoje odejście było podwaliną do stworzenia nowego klubu w Trójmieście o wdzięcznej nazwie Złomiarz o ile wiemy skąd wzięła się nazwa klubu to kto był pomysłodawcą założenia nowego klubu i kto go współtworzył.

Nazwa wzięła się z tego, że wykupiłem salę graniczącą ze Złomowcem, którą jak chłopaki zobaczyli w zimie… to… delikatnie mówiac nie podzielili mojego entuzjazmu 🙂 Tułaliśmy się po wszystkich salach jakie dało się załatwić, ale nigdzie nas nie lubiano, a wymagania  były dość spore. Gdziekolwiek znalazłem lokal to padało pytanie o to, czy na pewno nie będę tam produkował amfetaminy, a poźniej przechodziła ochota na jej odstąpienie :), z Politechniki przerażony trener wyprosił nas po kilku sparingach gdzie chcieliśmy sobie z chłopakami udowodnić kto jest lepszy i poszliśmy na 100%. Została ostatnia szansa, żeby wbić się na AWF na hale judo i to załatwił Leszek Zieliński… na parę treningów …do zawodów 😉 A że zostaliśmy tam po cześci przyjęci jak w rodzinie, po części sami wygryźlismy sobie droge… to chłopaki do dzisiaj sciskają się tam pod grzejnikiem pod tą miłą nazwą. Nie widziałem też nigdzie lepszych warunków do treningu. Trzecim ogniwem był Sebastian Olchawa. Nie poniżaliśmy się całą trójką do żadnej hierarchii, każdy czuł sie i naprawdę był wolny w tym co i jak robił.

 Byliście samoukami, jak organizowaliście sobie treningi?

Przychodziliśmy na wszystkie mozliwe treningi, nawet zimą o 5 czy 6 rano na tzw. “treningi serca” dla judoków, a swięto było od 16 do 20.30 kiedy w najprzemyślniejszy sposób z maty wyrzucała nas sprzątaczka (śmiech) Kochaliśmy spędzać czas ze sobą i było poprostu dobrze, całe dnie na macie, plaży, potem trenując w lesie. Musiałbyś przyjść wtedy i zobaczyć, na macie był śmiech, radość i zdrowa wzajemność, trening był czymś drugorzędnym. Do tego miałem przyjemność dzielić całą tę przygodę z największym talentem w bjj jaki widziałem i wspólnie się rozwijać. Wszystko było jak w bajce.

 Kiedyś kolega z Londynu opowiadał o tym, jak Mauricio wychowywał Rogera, jak  łapał go w duszenia czy pozycje kiedy akurat oglądali telewizje itd. Cały czas, bez podziału na trening i odpoczynek, życie cywilne itd. I jakoś też przyszło nam to na ten krótki okres czasu naturalnie. Całe dnie na macie rozkminialiśmy zachowania, dlaczego nie czuć tego czy tamtego, jak to pasuje tu a tam, mijały na tym miesiace a nie półtorej godziny w zagrzybiałej sali z kretynem narzucającym ci coś czego sam nie ogarnia. Do tego bardzo dużo dało mi obserwowanie i przebywanie z Nastkiem. Pomijając, że był to najsilniejszy człowiek jakiego widziałem, to było niesamowite, że przy tym czuł  i to jak czuł całą grę w parterze i ją rozumiał. W domu każdy z nas przeglądał instruktażówki, żeby zaskoczyć czymś w walce i tak naturalnie wzbogacaliśmy swoją grę. Do tego pełny repertuar do treningów w stójce od starych weteranów po mistrzów świata i olimpijczyków i wspaniały trener kadry, który sprawił, że do dzisiaj kiedy tam przychodzimy, czujemy sie jak w domu. To był jedyny trener. Uwielbialiśmy go słuchać i który o judo wie wszystko. We wszystkim innym byliśmy jak młode wilki.

Pod sam koniec przyszedł jeszcze Daniel z fajną energią i podejściem, które by pasowały do naszej trójki, ale wtedy już mnie to nie interesowało i po kolei to zostawialiśmy, a wszystko co piękne zaczęła zabijać rutyna, ktoś mianował się trenerem, pojawiły się zdjęcia na facebooku chłopców z żelem na włosach i co najbardziej przykre, to ktoś wszystko popsuł biorąc za treningi pieniądze. Za każdym razem kiedy tam przychodziłem, było co raz smutniej i smutniej, aż w końcu dziewczyny się zbuntowały i nikt nie chciał się ze mną pokulać 🙂 Moment w którym zostawialiśmy grappling w naszym odczuciu trochę odstawaliśmy od całego światka, a zostało tylko przenieść się do Brazylii I poświęcić jednemu, cena której nikt nie chciał placić żeby znowu dostać to samo. Tak jak wygrywać rok po roku tych samych tytułów.

Esco, Leszek Zieliński, Sebastian Olchawa

Przez pewien czas trenowałeś u Rogera Gracie, co możesz nam powiedzieć o tym okresie czasu, jakie wrażenia?

Jego stary to fajny koleś, jeden z niewielu których poznałem, który miał dystans do bjj i był też człowiekiem. Klub słaby, ale wtedy czarne paski mnie robiły, bo trenowałem sam wiesz gdzie 🙂 Pierwszy powiew swieżości po zagrzybiałej salce gdzieś w szkole podstawowej w dzikim kraju o którym większość ludzi na świecie nawet nie wie, że istnieje. Mieszkałem we wstrętnej dzielnicy Londynu Willesden Green z czarnymi  Polakami na zesłaniu pracowniczym a , że praca nigdy nie wchodziła u mnie w gre, to wtedy nie było mnie stać na lepsze miejsce, tęskniłem za psem, z dziewczyną się rozmijałem. Poszedłem raz na trening do shootfighters, ale chłopaki były tak rozwiezione bez żadnych specjalnych do tego powodów, a Lee Murray właśnie dostał wtedy kosę, więc podziękowałem za współpracę. Trenowałem wiecej mma niz bjj, bo były tylko 2 treningi dziennie po 2h,a wtedy nie potrafilem za bardzo cieszyć się z życia i nie było co robić pomiędzy treningami. Nic szczególnego poza… sparingami z Rogerem, które polecam każdemu z niezdrowymi ambicjami, a w szczególności nowej fali polskich leg lockerów 🙂 Oddam zawartość portfela za zdjęcie jego miny, kiedy ktoś pójdzie mu na dzień dobry do czegoś takiego.

 

Pomimo tego, że zawsze lubiłeś dźwigniować nogi to powiedziałeś, że tego typu techniki blokują rozwój w jiu-jitsu. Dlaczego?

No a nie blokują? Dziesiatki razy dziennie na treningach i w walce rzucasz na szale własne kalectwo, żeby ciagnąć na siłe najmniej unerwione a jednocześnie najbardziej skomplikowane stawy. Gdzieś czytałem wywiad z dziewczyną, która była dumna z tego, ze “urwala komuś nogę”. Obejrzyj walkę Jacare z Werdumem albo Marcelo z Kronem, to zrozumiesz o czym mówię. Mają swoje miejsce, ale to tak jak z puncherami w boksie – nie ma w tym radości ani piekna, jest gonitwa o wynik i mnóstwo brzydoty. A o jaki wynik gonić w mikroświatku grapplingu? Samemu wiem jaką miałem ubogą przez to grę, jak głupi byłem ciesząc się z tego ile kończyn połamalem. Zapomnij…

Łukasz Bagiński w jednym wywiadzie powiedział, że z różnych przyczyn Twoja osoba jest już legendarna. Z jednej strony praktycznie co tydzień walczyłeś w innym zakątku Europy m.in. Wielka Brytania, Holandia, Grecja, Niemcy, Portugalia, Finlandia… Który swój sukces uważasz za najważniejszy bądź o który medal przyszło Ci najciężej walczyć?

Mój największy sukces w grapplingu: przez całą runde uciekałem na sparingu Rogerowi z najwymyślniejszych kończeń aż pod koniec wpadłem w jakieś dziwadło na kręgosłup, pewnie wariacja twistera. Zaczęły strzelac kręgi, Roger sie przestraszyl… ale nie odpuścił, bo nie klepałem :), mojej swobody na macie też za bardzo nie tolerował, wiec nie chciał być zbyt wyrozumiały i chyba trochę naprostować na swoje ślamazarne podejście. Na sali wielka cisza, nie wiem juz co robić, wiec gram siłówke na czas, czuje że jest co raz gorzej, bo głowa wykręcona jak u sowy I… nagle dzwonek 🙂 wygladało jakbym zwariował, wyśmiałem swojego “przeciwnika” 😉 i ogólnie przez 15 minut nie mogliśmy się wszyscy pozbierać ze śmiechu, kręgosłup cały. Było miło i czułem się jakbym wygrał mundial 🙂

Fajnie było też w Szczecinie, bo w Polsce ciągle mi coś nie szło. Miałem jechaś gdzie indziej, a wpadłem na jakieś Mistrzostwa Polski submission. Tyle, że to było zwyczajnie miłe. Nie uwazałem się nigdy za fightera, sportowca, nigdy nie mogłem zrozumieć po co mi kondycja jak po tygodniu jej nie będzie, więc też nigdy jej nie miałem 🙂 Jestem artystą, a nie wojownikiem. O jakich osiągnieciach mówimy, bez trenowania latami i całkowitego poświęcenia już nie 3 czy 4 lat a kilkunastu z Brazolami, jakie masz szanse z Rogerem czy Jacare? Z czego tu być dumnym, bardziej się tego wstydze, że zniszczyłem fajną zabawę poważnym podejściem.

Z drugiej strony jesteś jedynym Polakiem, który jest zdyskwalifikowany przez IBJJF i dożywotnio przez ADCC. Zacznijmy od pamiętnych ME w Portugalii, zrobiłeś spory rumor bo złamałeś rękę przeciwnikowi, zainterweniował nawet sam Roger Gracie. Możesz opowiedzieć dokładnie o całej sytuacji?

Kocham opowiadać i mógłbym to robić całymi dniami 🙂 chociaż wolałbym o dziewczynach czy ptakach niż mówić o sobie i przeszłości z którą nie czuję już zbyt wiele wspólnego.

Miała być fajna wycieczka z dziewczyną do Portugalii, wyszło tak że pare godzin przed, energia zmieniła biegun, obraziłem się i poleciałem sam. Jako, że nie kręciła mnie socjalizacja ze sportowcami, to do samej Lizbony przyjechalem dopiero dzień wcześniej, polskie plemie jakoś niespecjalnie mi podpasowało, zresztą z wzajemnością. Do tego jedyny raz w życiu przez 2 miesiące naprawdę solidnie potrenowałem crossfit ( wtedy czułem się jak zwykle jak odrzutek, nawet Złomiarze patrzyli na taką nowinkę z politowaniem ) i było to straszne wyrzeczenie, jedyne do jakiego sie posunąłem. Myślałem, że jade na poważną impreze… jak w judo 🙂 Na miejscu to co zobaczyłem delikatnie mnie zawiodło. Zawodnicy którzy oddaliby się za medale i którzy przyjechali brylować po powrocie krążkiem w swoim małym światku, bez zdradzania szczegółów, że praktycznie dostali go za 1 czy 2 walki z takimi samymi nieudacznikami jak oni. Tysiące katerogii wiekowych,wagowych,jeszcze różne pasy, normalny przemysł medalowy tylko zawodników jakoś mało na taką ilość. Każdy skupiony, zestresowany,ciężko z kimkolwiek pogadać czy się posmiać, a przecież to amatorka za własne siano! Za nic tego nie rozumiałem jak za oknem hali było tak ładnie i ciepło, w restauracjach i na ulicach był taki przyjemny luz. Kompletne nieporozumienie. Nie mogłem na tych ludzi patrzeć, wstydziłem się, że tam jestem, ale szkoda biletu, treningów I całego tego zachodu. Poza tym nikt nie będzie wiedział, jak to naprawdę wyglądało… 🙂

Pierwsza walka, wiadomo jak to jest – konfrontacja oczekiwań z rzeczywistoscią. Koleś wygląda zbyt pewnie w stójce, to wskoczyłem do gardy… patrze… a artysta ciągnie mi klucz na ręke… jako, że jeszcze nie docierało do mnie, że ta impreza to jedna wielka farsa a technika nawet dla średnio kumającego baze jest idealnym zaproszeniem do balachy, to tak też się stało. Pomijając całą grę pozorów, nigdy nie ciągnąłem niczego na chama. W walce jest zawsze ten moment,że przeciwnik wie, że teraz musi sie poddać albo ryzykuje złamanie. Tamten Sancho Pancho zaryzykował. Wiadomo jak to potem jest, każdy sedzia chce się wykazać, zrobiła się zbieranina, emocje mi nie opadły a koleś mnie odepchnął i po chwili coś mi sie przełączyło w głowie, żeby go poprostu dopaść. Zaczeli nas trzymać, wyrwałem się jednemu, chciałem dopaść dwóch pozostałych, szamotanina, kilka brzydkich słów i … dyska. W tym momencie podbiegl Roger I mowi, że to teraz najmniej ważne, bo to jakis lokalny wirażka i na trybunach siedzi mnóstwo jego ziomków z półswiatka i że na moim miejscu to by uwazał jak będę wychodził z sali. Popatrzyłem na trybuny I… rzeczywiscie!  jak na filmie – całe stado Portugali wymachujących do mnie rękami i rozrywających mnie w marzeniach (śmiech) Tego dnia najszybszym człowiekiem na świecie był chyba Maurice Green, ale nie sądzę że miałby szanse z tym na co byłem gotowy opuszczając tę dziadowską hale w jakiejs brzydkiej, sypialnianej, betonowej dzielnicy Lizbony 🙂 Zadzwoniłem zmienić lot, ale nie było to już możliwe, więc następnego dnia zostało wystartować w open. O tyle fajnie, że było 64 zawodników, ale poziom… tak samo jak purpurowych I brązowych pasów… zresztą czarne… zwyczajnie wyglądały poprostu normalnie. W finale pamiętam, że jak zdobyłem 2 pkt za frajerskie przetoczenie z półgardy, to złapałem pająka na 3 czy 4 minuty do samego końca. Najbardziej dziwiło mnie to, że nie przeciąłem mu bicepsów na pół 😉 Łapiesz jaki wysoki technicznie poziom reprezentowałem 🙂 ? Bylem tak zły na siebie, na to że trenowałem w jakiejś smierdzącej siłowni i sali przez cały ten czas, że nie zabrałem dziewczyny do kina czy psa na długi spacer  i że dałem się zwyczajnie nabrać , że zmarnowałem kilka lat przebijając się w extremalnie małym i zamkniętym światku, że już nie było mowy o odbieraniu medalu. Chciałem poczekać i wyrzucić go do śmietnika, ale jak sędzia zabrał nas na mate i podniósł moją rękę, to wyszedłem na środek tych wszystkich mat i pokazałem sędziom po jednym palcu, tak poprostu, żeby coś od życia mieli, a potem nakryłem kimono jakiegoś reportera i dziewczyny zrobiły wielki szum. Strasznie… strasznie mnie zabolała kolejna dyskwalifikacja 🙂 Potem jeszcze pogadałem z jakimś nieestetycznie wyglądającym dziadkiem który okazał się właścicielem czy założycielem tej organizacji i też nie było fajnie 🙂 facet był ciemny i bredził coś o jakimś szacunku, gdzie każdy by się dał pokroić za medal. Nieważne. Z medalem czy bez, było mi smutno że brałem udzial w takim cyrku.

Zawsze chciałeś zawalczyć na MŚ ADCC, niestety po triasach w Grecji, które z resztą wygrałeś zablokowałeś sobie drogę na tą prestiżową imprezę, a Marko Leisten zakazał Ci startów na imprezach pod szyldem ADCC, dlaczego?

Łudziłem się, że chociaż tam będzie inaczej. Nigdy nie przepadałem zresztą za kurtkami, bo wystarczająco się w nie ubieram przez zime, nie ma podziałów na pasy i gra jest nieco płynniejsza. Nie trenowałem już wtedy od roku, ale w jakimś narkotycznym zwidzie kupilem bilety do Kolonii. W półfinale przy latajacym trójkącie upadłem potylicą tak, że zgasło mi światło i do finału wyszedłem licząc na cud,bo trzęsły mi się nogi i nie wiedziałem nawet dlaczego. To był też zresztą moment w którym wiedziałem, że czas kończyć zabawe,  że życie najwidoczniej nie chce żebym się w to bawił skoro znowu coś nie wychodzi a powinno, nawet jeśli nie trenowałem już od dawna, to nie wyobrażałem sobie, że przeciwnik może mnie czymś zaskoczyć. Tyle, że nie chciałem konczyć inaczej niż wygranym turniejem. Tydzień poźniej został ostatni eliminator w Grecji, był to dziwny okres w życiu kiedy naprawdę na macie czułem się jak dzikie zwierze, a większość chłopaków traktowała to chyba jako zabawe przy piwie. Byłem zły, że tak łatwo poszło, chłopak w finale zrobił cyrk, bo najpierw nie odklepał balachy kiedy miał możliwość wyjść z całą ręką, a potem sie popłakał, a że był lokalesem… Wcześniej brzydki gest wykonał do mnie sędzia i za ten numer naprostowałem go kiedy wyciągał mi rękę do góry przed publiką. W połączeniu z płaczącym i leżącym dorosłym mężczyzną, wykrzywionymi twarzami jego trenerów którzy by mnie najchętniej rozstrzelali, nie wyglądało to najlepiej, a w sumie było całkiem niewinne, tylko wszyscy byli jakoś mało rozgarnięci i zawstydzeni, a przecież byli gospodarzami 🙂 Był tam taki malutki Gruzin czy jakiś podobny plemieniec, który był główniejszym sędzią tej sekty i który kiedyś już oszukał mnie w walce gdzie miażdżyłem kolesia… a przegrałem… od słowa do słowa, że tak nie można i znowu dostałem dyske 🙂 Spotkałem potem wszystkich na mieście w Atenach, nie było miło i dziewczyny sobie poszły. Potem zadzwonił Marko, ale nie dało się z nim dogadać bo trzymał wersje tego Ruska z Gruzji czy skąd tam on jest, że chciałem ich pobić, co nie do końca było prawdą. Przynajmniej nie na zawodach, ale okazuje się, że adcc ma oczy wszędzie 🙂 I to był koniec przygody, więcej na żadne zawody nie pojechałem.

Jeszcze w 2006 roku, gdy zdobywałeś Mistrzostwo Polski ADCC, 4 na 5 walk wygrywałeś przez latające techniki, element zaskoczenia i piękno ruchu chyba najbadziej kręciły Cię w grapplingu?

Nigdy nie miałem schematu na to co będzie, bo to niemożliwe. Kochałem zabawę w parterze, sztukę a nie sport. Wyszło samo, nigdy tego nie robiłem, nigdy tak nie walczyłem. Natomiast mam taki kobiecy styl podejścia do życia i walki, że daje ze sobą zrobić wszystko i czytam grę czekając na pierwszy błąd czy utrate uważności, do tego nigdy nie miałem kondycji więc fajnie to ująłeś, zaskoczenie i piękno ruchu,połączone z uruchomieniem elektrowni jądrowej na ten moment 🙂 są jakby tego naturalną konsekwencją. Czułem się w stójce mocny, bo wreszcie było gdzie się jej nauczyć. Ale ani nie miałem specjalnie formy, ani nie chciałem jechać na te zawody. Miałem się przejechać do Hamburga, ale wyszło tak jak wyszło, że trafiłem do jakiejś szkoły podstawowej na obrzeżach Szczecina. Fajnie, bo było 32 zawodników, więc przynajmniej medal nie był za darmo, żadnych pasów, kategorii dla młodszych staruchów, brzydkich kobiet, ładnych, same rosłe chłopy aż miło. Powód jest dużo prostszy – w pierwszej walce jak chłopak złapał mnie za szyje, to nie wiedziałem co się dzieje. Jedyne co przyszło mi do glowy, to wyskoczyc i własnymi nogami mu ją rozprostować, bo jest tak silny, że jak mnie przytrzyma na ziemi i chociaż trochę z tego przełoży na dynamiczną, to się skompromituje i tam zostane 😉 Zostało tylko wyczuć moment. Jakoś mi się spodobało, bo w następnej też chłopak przysnął na moment, na dodatek już wiedział czego się spodziewać, więc było łatwiej kiedy się go przetrzymało moment w niepewności. W nastepnej jeszcze łatwiej, bo poszla fama, że jest latające 98kg, tylko później chłopak postanowił popsuś mi rekord i obrał sobie za cel nie zostać poddanym z powietrza,usiadł na ziemi i był tak pasywny, że zostały punkty, a tak chciałem pobić się w stójce. W finale nie było latajacej techniki, tylko małe nieporozumienie po którym dałem się przewrócić a winowajca całego zamieszania wpadł w wizarda, którym wygrałem chyba wiekszość wszystkich swoich walk, z puli nagród zamiast trójkąta wybrał balache i to było na tyle 🙂

Jakby jeszcze Piotr B ze Szczecina mógł mi wyslać kasete, żebym sobie przegrał ten występ na pamiątke… naprawdę bardzo by było miło pokazać to rodzicom 🙂

Przez długi czas pomagałeś w przygotowaniach do walk Pawłowi Nastuli z którym znacie cię bardzo dobrze, pojechałeś z Nastkiem do Japonii na jego walkę w PRIDE z Edsonem Drago. Jak podobała Ci się oprawa i klimat całego show?

Nie podobało. Nie pasowałem do ekipy, która się tam wybrała, do tego w szatni było spięcie z kamerzystami, dzięki czemu manager kupił mi bilet na trybunach, do tego znalazł mi jeszcze towarzystwo i mogłem to obejrzeć oczami zwykłego kibica z całkiem świeżym komentarzem kogoś, kto nie miał o tym zielonego pojęcia. Znowu wielki zawód, bo tak fajnie, to wygladało jedynie w telewizji. U siebie w mieście widziałem lepsze walki na ulicy, do tego zawodników w kilku pierwszych walkach sam bym łyknął. Mark Hunt był jakby z innej bajki, poziom wyluzowania i beztroski którego życzyłbym każdemu na codzień, a na pewno dzień przed walką 🙂 Oczywiście widok Wanderleia chybiacego piłkarza kilka cm od głowy Fujity to jedna z rzeczy ktorą ciężko będzie zapomnieć i która na kamerach wyglądała dużo mniej groźnie niż na żywo, tyle że znowu dotarło do mnie, że niekoniecznie chciałbym tak spędzać zycie i co ja tu w ogóle robie. Do tego dziesiątki tysięcy zestresowanych tempem życia Japończyków, którzy nie tyle że czują walke jak mi się przed wyjazdem wydawało, co poprostu tak im każą obyczaje czy kultura i przyszli tu odreagować stres codziennego życia. Tak jak w Tokyo nie czułem się jakbym był w ogóle w Azji, tak nie wiem jaka jest rożnica pomiędzy igrzyskami, koloseum a Japonią i takim show. Poza tym Pride był nawet tego dnia jedynie jedną z wielu imprez, których było pełno w reklamach. Świat sportów walki, to mały światek a nie cała rzeczywistość.


 Mając solidne podstawy boksu i bardzo dobry parter mimo to, nie spróbowałeś swoich sił w MMA?

Spróbowałem! Zbiłem jakiegoś kelnera w Czechach, nawet nie :), poprostu wpadł w wizarda, potem dostałem ciężkie lanie od innego, który już wiedzia o co w tym chodzi. Trener trenerów Uwsteczniao we wtorek zapytał się czy chce powalczyć, w czwartek odbył się mój pierwszy trening mma z uderzeniami, gdzie Sebastian jeszcze nawet nie potrafił się przełamać, żeby bić mnie w twarz. A jako, że czasy sportu pochłaniały każde pieniądze, to wybrałem się bardziej żeby oplacić rachunek za telefon 🙂 Nie wiedziałem nawet wtedy co robić jak przeciwnik ma dosiad i oddałem plecy!

Pewnie, że chciałem walczyć w mma, to był mój cel, ale bardzo też nie chciałem zaczynać w ksw itp. A wyrobienie sobie marki w grapplingu było najłatwiejszym sposobem żeby się wkręcić u Kitajców, bo coś musiałem mieć na karte przetargową, nawet jeśli wiedziałem, że dobrze się w tym sprawdze. I po części wyjazd do Japonii był takim rozeznaniem, pokazaniem się na treningach. Chciałem chyba potem przenieść się na Shooto w Holandii i tam obić i ruszyć na głębsze wody, do tego potrenować z kimś kto ma o tym pojęcie i nie zrobić więcej takiego błędu jak z super trenerem. Mnóstwo czasu spędziłem trenując mma, chyba nawet wiecej niż parter. W ogóle to miałem takie marzenie, żeby zginąć bijąc się w Japonii. Chciałem… bo poza tym, że moje marzenie okazało się nic nie warte, to jeszcze jak to w życiu bywa, wydarzyło coś innego i do Polski wróciłem bez żadnej nadziei na powrót do większości tego co znałem jeszcze tydzień wcześniej 🙂

Do dzisiaj masz sprawne kolano w kilkudziesięciu procentach i nie udałeś się do lekarza, jak nabawiłeś się konktuzji?

Wszedłem najarany na mate po paru mięsiacach gdzie w ogóle nie byłem na treningu, na pełnym kozaku, nie trenując już od półtorej roku, pokazałem palcem na jakiegoś 150kg judokę, spojrzałem w oczy i powiedziałem mu, że idzie na dzień dobry z balachy. Przeceniłem swoje siły, których już dawno nie miałem, koleś upadł mi na nogę tak, że coś strzeliło i poczułem się bardzo niepewnie, wlaściwie to od razu straciłem czucie. Objazd po lekarzach, potem wyprawa do wujka, który jest ordynatorem ortopedii i miał czynić cuda, a dał mi pewność, że więzadła są ok. Dobra rada, radze omijać ortopedie w szpitalu kolejowym w Gliwicach 🙂 Trenowałem wtedy raz na miesiąc, dwa i na którymś z treningów przestrzelilem loka i piszczel nogi która została na ziemi… został na ziemi… a obróciło się wszystko od uda w góre 🙂 okazało się, że boczne się zrosło przydługie a tylne wydłużyło, przednie krzyżowe nie istnieje. Do tego jeżeli nie chce trenować, to nauka nie wie do dzisiaj które rozwiązanie jest lepsze i zapewni długotrwalość. Nie korzystam z lekarzy, nie dam sobie nigdy przetoczyć krwi itd. więc nie jest to łatwa decyzja a i nie mam ochoty na wakacje w klinikach Austrii, bo rzeźnikom i znachorom w Polsce nie dałbym nawet dotykać Pinokia. I w ogóle dzięki temu odkryłem jakim darem jest chodzenie, ile gór I lasów chciałbym jeszcze na nich zwiedzić, jak to jest wycofać się z bójki na ulicy. Zacząłem też chodzić po 30km dziennie przez pare lat. Trochę tak jak z narkotykami, tyle samo złego co dobrego 🙂 A poza tym dla kogoś kto nie zrobil od 5 lat z własnej inicjatywy nawet pompki, rehalibitacja po operacji jest czymś zupełnie nierealnym.

 

W Twoim życiu był również czarny okres jak u Fernando Terere, dzisiaj stronisz od używek, praktykujesz również dietę, możesz powiedzieć coś więcej jakie produkty spożywasz, a jakich nie i dlaczego?

Nie nazwałbym tego czarnym okresem,skąd ci takie smutne określenie przyszło do głowy? Narkotyki na pewnym niskim poziomie są piękną przygodą, za którą się też bardzo dużo płaci. Jeśli jesteś gotowy na jedno i drugie,wiesz co Ci można a co nie, to dlaczego nie? Problem jest taki, że dostęp do nich jest ograniczony i przez prawo, klimat w którym rosną i przez finanse, wtedy lepiej jej nie zaczynać, bo wtedy mogą się nie znudzić i zamiast piękna, zostaje syf. Zresztą to też tylko jakiś etap, bardzo prymitywny, było na niego miejsce i to tyle, nic wartego takiej uwagi, żeby o tym rozprawiać cokolwiek wiecej.

 Kiedyś poszlismy w Krakowie na obiad z Nastkiem i widząc, że nie jem mięsa zapytał się, czy mam świadomość tego, że moge nie wykorzystać wszystkich możliwości w sporcie przez to. Było to dla mnie oczywiste, ale to temat rzeka. Żeby dla pompowania mojego ego zabijać zwierzęta, skoro nie musze tego robic? Dietetyka była chyba moja najwiekszą pasją i obsesją, pozjadałem wszystkie rozumy jeżeli chodzi o to co jem,spróbowałem sporo diet i środków na sobie, a po latach i tak doszedłem do wniosku, że najlepiej jest to co się ma i kiedy się ma ochotę 🙂 Nie jem mięsa, pomijając całe nieludzkie traktowanie żywych stworzeń, to zwyczajnie kiedyś zrobiło mi się głupio że jadłem po kilka kurczaków dziennie i opychałem się nimi na pokaz i z szacunku dla dziewczyny, która jak się domyślasz nie jadła mięsa, spróbowałem na tydzień je odstawić… po tygodniu miałem ochote na jeszcze jeden… a po 3 już nigdy do tego nie wróciłem. Jakie znaczenie miałby medal, kiedy poprostu czułem się nieporównywalnie dobrze. Potem przez lata próbowałem zdrowo przejść na wegańską diete ( nie mylić z czubkami którzy agitują do przejścia na weganizm a wygladają jak kartka papieru doklejona do wieszaka ) I dzisiaj wyeliminowałem produkty zwierzęce z diety, chociaż jak organizm dopomina się o żółty ser… to dlaczego nie, niech ma uczte 🙂 Pierwszy raz kiedy spróbowałem przejść na wegańską diete czułem się tak dobrze, że nie chciałem uprawiać sexu bo to było gorsze doznanie a na dodatek chwilowe 🙂 Poza tym kupuje jedzenie organiczne tak daleko jak się tylko da, jak najmniej przetworzone, jeżeli nie to stragany, jeden, max dwa posiłki dziennie, ale to dla trenujących innych niż Royce czy Royler nie jest chyba wzór do naśladowania, bo tak jest ciężko bez czucia i techniki 😉 Nie pije prawie nic oprócz wyciskanych swieżo soków, wody jakoś nie lubie a cała reszta odpada. Żadnej chemii, nigdy żadnych lekarstw, organiczne i nie testowane na zwierzakach kosmetyki, im prościej i bliżej natury tym lepiej, nic wielkiego tu nie wymyślę. Od używek nie stronie. Poprostu ich nie lubię, jak wypije herbate to jestem pare dni wytrzepany,po cukierkach z alkoholem gadam głupoty,o mocniejszych nawet nie wspominam. Polecam każdemu poznać stan w którym jedzenie nie ma wpływu na to jak się czujesz, potem i tak zrobicie co chcecie, ale już z innego punktu postrzegania i możecie wtedy sobie badać co jest dla was dobre a co nie. Poza tym to wlasnie kiedy pakowałem w siebie sterydy i mięso, nie mogłem nic wygrać i nie wiedziałem co to walka.

 

Ostatnie pytanie, na Twój powrót nie ma co liczyć? Jest to decyzja nieodwołalna? Czy prawdą jest, że wszystkie dyplomy spaliłeś, a medale wyrzuciłeś przez molo w Sopocie? Dlaczego?

Bo się wstydziłem, że tyle energii poszło na taką niszówkę z której nic nie ma i gdzie miłość do tego co robiłem przysłoniły jakieś … medale? Głupio trochę, że zanieczyściłem tym środowisko bo poszło pare siatek, tym bardziej że chciałbym prowadzić samowystarczalne gospodarstwo i nie wierzę w recyckling, ale tak poprostu poczułem. Za to widziałem jak wyciagają stamtąd co roku śmieci i było trochę medali i pozłacanych plastikowych pucharków 🙂 Zdjęć też nie robię ani nie zbieram, więc po co mi takie wstrętne dyplomy?

Doceniam to, że jesteś naprawdę miły, ale jaki powrót? Co takiego osiągnąłem? Jaka decyzja? Kiedyś liczyłem, że na około 100 walk przegrałem 10 czy nawet 12 razy, jakie szanse i kiedy miałbym z Rogerem czy Jacare. Poza tym nie trenuje już dłużej niż się tym zajmowałem 🙂 To nie był pierwszy światek który zwiedziłem i zawsze wygląda to tak samo, chyba nie musze już wygrywać olimpiady żeby się o tym przekonać.

Gdyby nie noga, to nie raz wsiadłbym i pojechał na jakieś zawody. Fajnie tak się znaleźć bez treningu i przygotowania, za to świeżym podejściem i czerpać radość z czegoś co lubisz. Inaczej już bym nie potrafił, poza tym życie ma tyle piękna jeśli chcesz je podziwiać. Na macie nie ma go za dużo i jest ciągle to samo. Operacja jest o tyle możliwa, że chciałem nauczyć się base jumpingu i polatać na wing/squirrel suit. A narazie musze powycinać sobie nowotwory i powstawiać powybijane zeby, a się boje i nie wierzę lekarzom jak psom 🙂 Czasami w lesie poczuje taką ochote, żeby polecieć triatlon i najlepsze jest to, że całkiem nieźle się w tym czuje. Po grach komputerowych i grapplingu możnaby dołożyć trzecią niszówke z Mistrzem Polski czy Europy 🙂 Chciałbym nauczyć się latać samolotami i pobawić się w jeszcze kilka innych rzeczy które kocham, jak każdy normalny chłopak. Cisnąć forme, żeby … załóżmy nawet wygrać medal olimpijski… pośród tych wszystkich smutasów? Nie, dziękuję i tak byłaby dyska.

Aktualnie dużo podróżujesz , ile krajów odwiedziłeś na przestrzeni ostatnich lat? Twój ulubiony przystanek to Ibiza?

Jestem leniwy nawet z podróżami, tyle że prowadze koczowniczy tryb życia. Ciężko coś zwiedzić jak jesteś tam tydzień czy dwa. W przyszłym roku chce opuścić, już mam nadzieję na stałe, polskie plemie i pomieszkać pare lat w Indiach i Argentynie, a narazie zjeździłem przez  te 5 lat kiedy nie trenuje Europę i kawałek Afryki w poszukiwaniu najładniejszych plaż,wody i ptaków 🙂 Nic wielkiego, tym bardziej, że wcześniej zjeździłem ją, tyle że mieszkałem w hotelach i obsciskiwałem się ze wstrętnymi facetami na zawodach. Jak napisze, że Baleary rządzą, to bedzie tam jeszcze wiecęj turystów, ale to fajne miejsce żeby pomieszkać do późnej jesieni 🙂 W ogóle zakochałem się w Hiszpanii i spędzam tam sporo czasu, bardzo odpowiada mi ich podejscie do życia, to jak cieszą się i ucztują z najmniejszymi drobiazgami. Wyobrażasz sobie faceta w Granadzie, starego dziadka, który mieszka 30km od nietopniejących sniegów i który nigdy śniegu nie widział, bo po co mu się gdziekolwiek ruszać, jak tu się żyje tak dobrze 🙂


Miło było porozmawiać z tak kolorową postacią dawnej sceny polskiego grapplingu. Życzę dużo zdrowia, owocnych podróży i do zobaczenia ! Chciałbyś kogoś pozdrowić?

Również bardzo się ciesze, że Ciebie poznałem.  Tu akurat nie będzie długiej listy. Dziekuję wszystkim których spotkałem w całej tej przygodzie, o ile jeszcze żyją 🙂 cokolwiek sobie o mnie pomyśleli i jak odebrali to ich problem. Poza naszą trójką ze złomiarza, od poczatku do końca była tylko gra w której celem było wybadanie przeciwnika i wygrana, a jak się nie chce robić kondycji to nawet psychologia pewności siebie przy robieniu kupy, kiedy tuż przed walką na to samo czeka za drzwiami twój przeciwnik, jest dobra ;). Fajnie jeżeli weźmiecie sobie z tej rozmowy cokolwiek dla siebie, inaczej nie produkowałbym się z takimi starymi historiami. A w szczególności dziękuję wielkiemu fighterowi Royowi Harrisowi za pokazanie jak skroić cwaniaka z 30 dolarów na jego własnym terenie za zaszczyt przewiązywania się niebieskim kawałkiem szmaty.

Pozdrowic tylko… Asie 🙂



Jak widzicie Esco to tak jak wspomniał Łukasz Bagiński z różnych przyczyn legendarna postać, która zapisała się w annałach polskiego grapplingu jako świetny zawodnik, ale też indywidualista, który wszystko robił według własnego uznania.

 

 

 

CO JEST KULANE?

Przeczytaj także