
Ostatnia relacja Macieja Kozaka podsumowująca występ naszych rodaków na tegorocznych finałach World Pro w Abu Dhabi. Jeszcze raz przypominamy, że z medalami do Polski wrócili Wojciech ” Patyczak ” Raś i Ania Wilanowska!
Salam alejkum bracia i siostry. Mistrzostwa w Abu Dhabi już dawno za nami, pora na drobne podsumowanie całej imprezy i występu Polaków. Na dziewięć startujących osób, tylko dwie pokusiły się na medal, co jest obiektywnie rzecz biorąc wynikiem gorzej niż średnim, ale jedziemy od początku. W kategorii No Gi startowali Wojtek Raś, Tomasz Mączka, Maciej Polok i Filip Markiewicz. Wojtek jak na swoją wagę (chłop waży w okolicach 105 kg) ma styl podchodzący raczej pod wagę lekką, co dało mu sporą przewagę nad przeciwnikami. Patyczak zamiast przepychać się w stójcę na początku walki od razu wciągał w gardę i pracował nad trójkątem albo balachą. Tym sposobem odprawił z kwitkiem chyba trzech pacjentów, zanim nie przegrał nieznacznie na punkty z tutejszą gwiazdą (tak tak, w Abu Dhabi niebieskie paski to gwiazdorzy). Był to ćwierć finał więc ta jedna walka dzieliła go tylko od strefy medalowej.
Mąka podobnie otarł się o brąz idąc przez turniej po swojemu, bijąc się w stójcę i grając z góry . Niestety trafił się cwany co go obalił. Filip można powiedzieć nie miał szczęścia w losowaniu. W pierwszej walce trafił na purpurową gwiazdę tych zawodów, ekwadorskiego wąsatego sinistro, który skontrował jego przeprowadzkę i zza pleców założył mu mata leo. Ciężko stwierdzić czy ten typ był w ogóle do porobienia na tych zawodach, facet wygrał dwa złote medale w purpurach do 74 w No Gi i Gi, co nie było łatwe. Maciek swoją walkę z Felipe Mottą zaczął bardzo dobrze od przejścia gardy, jednak zostawił przeciwnikowi za dużo miejsca, ten uciekł i zabrał naszemu zawodnikowi plecy, co przy czasie walki sześć minut jest ciężkie do odrobienia. Straszna szkoda bo dalej na Maćka czekałby JT Torres i to pewnie fani w Polsce chcieliby zobaczyć.
W Gi z kolei mieliśmy już pełną ekipę. W dzień pierwszy walczyli tylko mężczyźni. Wojtek powtórzył swój wyczyn z poprzedniego tygodnia, czyli wciągał w gardę i pracował nad kończeniem. I tym razem taktyka nie zawiodła, chociaż w półfinale zabrakło mu dobrego sweepa z zamkniętej gardy do zwycięstwa (przeciwnik mocniej się okopywał prowadząc dwoma punktami do jednej przewagi). Tomek w pierwszej walce miał wolny los, dalej wygrał jedną i przegrał drugą walkę co niestety nie dało mu za wiele (w niebieskich pasach była spora konkurencja). Ja w pierwszej walce wylosowałem Brazylijczyka z GFT. Facet miał bardzo dobrą taktykę, czekał aż ktoś go będzie wciągał w gardę, kopał w nogę, zarabiał dwa punkty i z góry nie robił wiele więcej poza ściemnianiem, że chciałby przejść gardę ale nie może. Balans miał naprawdę bardzo mocny, starałem się atakować wszystkim co miałem, bez skutku. Nawet wspomniany wąsaty sinistro w finale nie był w stanie go przesweepować, co o czymś świadczy. Filip z kolei wylosował bardzo dobrego Amerykanina z Alliance NY, na co dzień trenującego z Lucasem Leprim. Szli łeb w łeb, sweep za sweep póki amerykański italiano przy przejściu gardy nie zabrał Filipowi pleców, co przesądziło o przegranej. Maciej tym razem miał mniej szczęścia i wylosował last year champa Giberta „Durinho” Burnsa. Wymienili chwyty w stójce, zeszli na glebę, pokręcili się trochę i Brazylijczyk założył Maćkowi dźwignię na nogę. Szkoda, bo z tego co Maciek mówił Burns szybko zaczął dyszeć i ciekawe jakby walka się potoczyła gdyby trwała na pełnym dystansie.
Kolejny dzień to walki kobiet i absoluto mężczyzn. Ania Wilanowska pięknie dominowała koleżanki z branży, kończąc najczęściej balaszką z dosiadu. Klasa. W półfinale spotkała się z późniejsza zwyciężczynią kategorii i prowadziła mocno bombardując gardę Brazylijki aż do momentu kiedy tamta na jakieś 30 sekund przed końcem zrobiła sweepa i wpadła Ani do pozycji do X grady, jednak ta przełożyła nogę przez jej biodro i została zdyskwalifikowana. Szkoda bo Anna ewidentnie dominowała i zabrakło jej po prostu troszkę cierpliwości. Marysia miała kobietę do porobienia, niestety europejczycy różnie reagowali na nowy klimat, a Marysia nie zrobiła żadnego treningu po przylocie (że czasu nie miała to swoją drogą) i mimo mocnego przygotowania po prostu wysiadła kondycyjnie, ledwo zeszła z maty. Ale trzeba przyznać że walczyła do końca i przetrwała ataki przeciwniczki. Karolina spokojnie łapała swoje pozycję w walce, jednak ta jedna z najsilniejszych zawodniczek w Polsce przyznała że jej przeciwniczka dominowała ją siłowo. Szok. Irena w pierwszej walce wylosowała Penny Thomas, późniejsza finalną ofiarę monstrualnej Gabrieli. I tutaj nasza zawodniczka była w stanie narzucić przeciwniczce swoje pozycje (dwa razy miała ją w trójkącie) i walczyła do samiuśkiego końca starając się wykorzystać swoje atuty i uciekając z każdej złej pozycji. Mimo to Penny i tak na zimno mocno wypunktowała Skarpetę.
Ciężko stwierdzić co było powodem takiego a nie innego wyniku. W niebieskich pasach było mnóstwo przetrzymańców (jednemu typowi nawet zabrano medal, bo okazał się że ma purpurę) i ludzi z doświadczeniem z innych sportów walki (finalista OPEN jest w kadrze narodowej Kanady w Judo i w jakimś top 10 judoków na świecie w ogóle). Chociaż i to nie gwarantuje wygranej, Tomek przecież z niebieskim pasem wygrał MP No Gi w purpurach, a tam przegrał w ćwierćfinale. Druga sprawa to same emiraty. Nie wszyscy też dobrze znosili aklimatyzację, trzeba było się przyzwyczaić do tamtejszego jedzenia i klimatu a także wszechobecnej klimatyzacji, chociaż to sprawa bardziej indywidualna. Kolejna rzecz jest przygotowanie taktyczne. Widać że Brazylijczycy pilnują każdej przewagi, walczą bardzo ostrożnie i stricte pod przepisy. Wiadomo że jak nadarza się okazja, to poddają, ale naprawdę są bardzo ostrożni. Fajnie spróbować zrobić latające submission na zawodach, ale na koniec i tak liczy się wynik, nie ważne czy przez mata leo czy decyzję. Ja osobiście nie czułem jakiejś wielkiej przepaści technicznej, to była kwestia wytrenowania. Atos team przychodził na matę i każdy z nich przez jakąś godzinę powtarzał jedną technikę, bardzo płynnie, dynamicznie i za przeproszeniem z całej pizdy. I to nie kimurki z gardy, tylko konkretne techniki pod zawody: wejścia, wyłapania chwytów, przejścia od razu z kontrą. Można mówić że ładują koks i dlatego są najlepsi, ale ciężkiej pracy i systematyczności nie zastąpi najlepszy sok, naprawdę. Olbrzymim plusem wyjazdu było doświadczenie i możliwość obcowania z absolutną czołówką światową. W hotelu wszyscy trenowali razem, można było powalczyć z praktycznie każdym kolorem paska z każdej części globu, zarówno z mistrzami świata jak i no name’ami i od każdego można było się czegoś nauczyć, podpatrzyć jakieś techniki czy rozwiązania. Miejmy nadzieję że ten wyjazd dołoży jakąś mocną cegiełkę do przyszłych sukcesów naszego kraju na międzynarodowych zawodach, bo o ile na Europę mamy mocne BJJ, to wciąż musimy ścigać Brazylię i Stany. Ich przewaga jest mocno, poza tym że maja ten sport od początku (Brazylia) to jeszcze u nich rozgrywane są najważniejsze turnieje (USA). Lekko nie będzie.
Na koniec mały apel. Za rok Kuba razem z chłopakami z Copacabany zorganizuje kolejne trialsy do WPJJC. Wiem że wiele z was nie wystartuje bo „nie mam szans”, „drogo k#%wa!” i „kostka mnie boli”, ale okazja na taką przygodę i szansa na walkę z najlepszymi zawodnikami na świecie rzadko się trafia. A uwierzcie mi, i Ania z Wojtkiem mogą to potwierdzić, że stać tam na podium to musi być niesamowite uczucie. Podejrzewam że odbierając gotówkę i pamiątkowe GI człowiek musi czuć się jeszcze lepiej. Nie mówiąc już o pięknym hotelu, mieście, atrakcjach, klimacie i obiadach w towarzystwie swoich idoli z mundialów. To naprawdę jest w zasięgu. Pozdrawiam serdecznie, Sms @ Grappling Kraków.



